31 grudnia 2015

Szczęśliwego Nowego Roku!


Dobry wieczór, Czytelnicy!

Dawno się nie odzywałem na blogu i bardzo prawdopodobnym jest, iż przez najbliższy czas stan rzeczy się nie zmieni. Nie myślcie, że nic nie piszę - co to, to nie! Po prostu nie piszę niczego, co miałbym wrzucić na bloga. Ostatnio zajmowałem się Assaserami, ale naprawdę trudno mi będzie to dokończyć - w trakcie pisania zrozumiałem, że nie umiem pisać w takim stylu, w jakim widziałem fabułę. Doskonale wiem, co powinna zawierać najbliższa część, lecz mam problemy z przelaniem tego na klawiaturę, pomimo tego, że kolejny, finałowy epizod, jest dobrze dopracowany w mojej głowie i z łatwością jestem w stanie go zapisać (co zresztą zacząłem robić). Mając to na uwadze odraczam opublikowanie kontynuacji na czas nieokreślony.

Co się tyczy innych tekstów: "Transcendentny Konterfekt"... kiedyś wydawało mi się, że wiem, co chcę dalej napisać. Dziś stwierdzam, że to głupie. A przynajmniej bardziej głupie, niż było w zamierzeniu. Powoli pracuję nad tym i kiedy tylko wena mnie dopadnie, napiszę coś.
"Jednomasztowiec" - na razie nie mam zamiaru go kontynuować, bo wymazałem gumką cały zarys fabuły, a był on i tak ledwie widoczny.
Nowe Opowiadanie Nad Którym Pracuję - pracuję nad tym.
Inne teksty - powstają na boku i kiedyś jakiś może wrzucę.

Tym, co ostatnio zaabsorbowało moją uwagę najbardziej jest pewien pomysł na pełnoprawną powieść. Akcja dzieje się w Pawlilandach, ale trzydzieści lat wcześniej niż większość opowiadań. Szczegółów na razie nie zdradzę. Czy się książką pochwalę? Nie wiem. Być może wyjdzie na tyle dobra, że nie będę się ograniczał do bloga... a być może pójdzie do kosza.

Piszę codziennie, naprawdę. Po prostu nie zawsze piszę to, co powinienem... Zresztą, nie będę się tłumaczył.

Blog jest trochę zapuszczony, owszem. Teksty wymagają renowacji, szata graficzna gruntownego remontu, poza tym przydałoby się go jakoś rozpromować - ale to kiedy indziej. Potrzebuję na to czasu i ochoty, których obu nigdy naraz nie mam.

Póki co - szczęśliwego Nowego Roku! Składam serdeczne życzenia wszystkim, którzy to przeczytają, niezależnie od tego, czy zrobią to w Sylwestra czy też za dwadzieścia lat na jakimś śmietniku internetów.

Pozdrawiam!

19 listopada 2015

Restauracja na końcu świata - epilog


<< Część XIII



Wyglądał tak jak zwykle. Szczupły czterdziestolatek w modnych ubraniach z płowymi włosy i lekko uśmiechniętą, pogodną twarzą. Może tylko nieco więcej smutku zgromadziło się na dnie jego oczu.
Nic nie mówił. Zbierał słowa? A może uznał, że słów nie potrzeba? Ale przecież ona chciała coś od niego usłyszeć.
Egbercie. – rzekła cicho Emilia, zmuszając go tym samym do spojrzenia na nią. Tego smutku w oczach jednak było więcej, niż jej się wcześniej wydawało. – Dlaczego?
Nie kazał długo czekać na odpowiedź.
Obawiam się, że za wiele kwestii kryje się za tą jedną, bym mógł paroma słowami wyjaśnić je wszystkie. Nie mam tyle czasu.
Jakiego czasu? Wrócił do domu pięć dni wcześniej i od tej pory nie rozmawiał praktycznie z nikim – nie zważał w ogóle na dziesiątki tysięcy koczujących pod jego domem. Jedni oczekiwali odpowiedzi na wszystkie nurtujące ich pytania. Inni oczekiwali pocieszenia i zapewnienia, że będzie jak dawniej. Jeszcze inni oczekiwali przeprosin – za to wszystko, co się stało – oraz wynagrodzenia. Byli oczywiście też reporterzy. Ci oczekiwali sensacji.
Konferencja dopiero za dwie godziny. Sądzę, że zdążysz.
Emilia przemawiała spokojnie. To było dziwne – czuła się spokojnie. Jeszcze dwa dni wcześniej szargały nią uczucia wobec Ghambblera – żal, gorycz, radość, zaaferowanie, nawet lęk o niego – a onego dnia wygaszenie. Po raz pierwszy od ponad miesiąca nc nie czuła.
Uświadomiła sobie wówczas, że ten człowiek, który przed nią stoi, spokojnym nie jest. Zawsze pamiętała go spokojnym. I powierzchownie na takowego nadal wyglądał. Jednak w jego wnętrzu musiało teraz wrzeć. Co czuł? Emilia liczyła, że jej to powie.
Dlaczego wyjechałem? – zaczął powoli. – Bo jestem niesamowicie zmęczony sławą. Ludzie mnie wielbią, kochają, niektórzy oddają wręcz boską cześć. I to na każdym kroku. Nigdy tego nie chciałem – ja chciałem nieść szczęście, w zamian nic nie oczekując. Ja chciałem odrobiny prywatności, by móc je spędzać z bliskimi. Chciałem, by moje relacje z ludźmi były równorzędne – bo wcale od innych lepszy nie jestem. Ale nigdy te marzenia całkowicie się nie spełniły. Dlatego wyjechałem. Jak wiesz, Emi nie po raz pierwszy. Wiedziałaś zresztą już to wszystko. – Kiedy milczenie się przeciągało i już Emilia miała zachęcić do dalszych wyznań, kontynuował sam, z nieco większą werwą – Dlaczego wymyśliłem tak pochrzaniony system? Na początku wcale mi się takim nie wydawał. Ale Fridrick miał rację. Wszystko jest takim, jakim się zdaje, dopóki się nie zacznie się zdawać innym. Po prostu sprawę zawaliłem. Jestem tylko istotą ludzką. A zresztą, ponoć nawet bogowie się mylą. Nie miałem pojęcia, że wszystko się tak posypie. Sam, rzeczywiście, ostatnio ledwo się w tym łapałem, ale póki listy i pośrednicy działali jak należy, problemu nie było.
Dlaczego Jeremiasz miał mój list złoty? – Egbert rozkręcał się. Przemawiało przez niego coraz więcej emocji. – Bo to był złoty człowiek. Naprawdę. Nie znałaś go tak dobrze jak ja. Był. Był niegdyś. Przyjaźniłem się z nim od wielu lat. Rozumieliśmy się z nim doskonale. Ale od jakiegoś roku coś się zaczęło z nim dziać. Próbowałem porozmawiać. Machał tylko ręką na wszystko. A w czerwieniu zeszłego roku zniknął całkowicie. Od tamtej pory nie miałem żadnego kontaktu. I nie szukałem go na siłę, kiedy dał mi znać, że nie damy rady się spotkać. Szanowaliśmy wzajemnie swoją prywatność. Co robił i z kim się spotykał? Nie wiem, choć się domyślam, jak i zapewne ty, droga Emi. Kiedy Florentyn już mnie uwięził, włamali się do mojego domu. To naprawdę mnie boli – miałem go za przyjaciela... Znaleźli wczesną wersję testamentu. Czytałem wszystko w gazetach. Wiesz, może cię to zdziwi, ale istniała inna, pełniejsza wersja tegoż. W nim wprost mianowałem go dziedzicem. Nigdy nie widział tej wersji przed moim porwaniem. A co potem? Testament ten zniknął. Szukałem go. Czy Jeremiasz go znalazł? Być może. A jeśli tak, to czemu nie pozostawił go dla Komisji? Chcesz ode mnie odpowiedzi, wszyscy chcą. Zebym to ja je znał! Herrso, nic nie wiem!... – mówił te słowa, patrząc w górę i krążąc wkoło. Mógł się zdawać obłąkanym. Ale równocześnie sprawiał wrażenie najprzytomniejszego ze świadomych. I jego słowa stawały się coraz głośniejsze i pełne żalu. Krzyczały przezeń nieme wyrzuty. – Dlaczego z nikim się nie spotkałem i dopiero teraz wychodzę? Dlaczego zamknąłem się w domu i w sobie, co? Dlaczego jeszcze nic się nie stało? Dlaczego świat zamilkł? Do jasnej cholery, dlaczego?
Po ostatnim wykrzyczanym słowie, zamilkł i on. Spojrzał jeszcze raz do góry, a dopiero potem na Emilię. Nie, nigdy nie widziała go takim. Ale czy kiedykolwiek go widziała? Czy teraz go widziała?
Podszedł dwa kroki.
Nie powiem, byś postawiła się w mojej sytuacji – zaczął tonem, jakim wypowiadają się niedocenieni artyści – bo wiem, że nie zrozumiesz. Proszenie kogokolwiek o zrozumienie jest bezcelowe. Nie próbuj zaprzeczać, prawda to sama. Nie proszę o zrozumienie. Nie. Proszę o zaakceptowanie tego, co robię. Jeśli mi ufasz, zrobisz to. Jeśli nie, to twoja sprawa. Nie myśl, że nie wstrząsnęło mną to wszystko, co się stało. Jestem przerażony. Nigdy nie chciałem czyjejkolwiek krzywdy, a co dopiero śmierci tylu tysięcy... Ja... – potrząsnął głową – przeraża mnie ta myśl. Moje błędy do tego doprowadziły. I nie. Nie zapomnę o tym. Nie dam rady. Nigdy. Jestem tylko człowiekiem, nie bogiem. A skoro ponoć bogowie też płaczą nad rozlanym mlekiem...
Nastąpiła chwila ciszy, w której Egbert zbierał się w sobie i powściągał emocje. A raczej szukał tych odpowiednich – tym, którym mógł pozwolić na zawładnięcie jego duszą. Dopiero po chwili zaczął mówić cicho i całkowicie już spokojnie.
Ale wiedz, że życia nie zmienię. Restauracja będzie działać dalej. Jedzenie, owszem, będzie dla nas już czymś innym. Ściany tego zamku wchłonęły dostatecznie wiele krwi. Jednak nie przestanę wierzyć. Nie przestanę ufać. Nie przestanę być sobą.
Stał w bezruchu, w dłoniach obracając mały wisiorek. Zacisnął go w dłoni.
Do zobaczenia, Emilio! Do zobaczenia na innym świecie. Przede mną konferencja!
Uśmiechnął się, ukłonił, wyprostował i odwrócił na pięcie. Wyszedł. Nie próbowała go zatrzymać. Próbowała wbrew jego prośbom zrozumieć. Ale doszła do wniosku, że najpierw musi zrozumieć siebie.

***

Siedziały w gigantycznych tronach z czarnego kamienia. Naprzeciw nich znajdowała się gigantyczna projekcja magiczna – widziały trójwymiarowy model całych Pawlilandów. Planeta w migoczących odcieniach fioletu i miejscami co jaśniejszego różu była jedynym źródłem światła w komnacie z czarnego marmuru. Za oknami w tę ciemną i ponurą noc deszcz lał się strumieniami. Co jakiś czas niebo przecinała czerwona błyskawica – w tej strefie magicznej stanowiło to jednak całkowicie zwyczajne zjawisko. Zamek w Harboudau niezależnie zresztą od pory roku i pogody był niesamowicie klimatyczny, być może to zasługa właśnie położenia w wysokich, spiczastych górach Blazzé.
Planeta o promieniu blisko pięciu nóg wisząca kawałek nad ziemią oświetlała od spodu Agnés i Morgainé, niedawno jeszcze zniewoloną. Dzięki piedestałowi znajdowały się wysoko – zasadniczo groził im śmiertelny upadek z wysokości. A raczej groziłby, gdyby się poruszały. Jednak one wciąż patrzyły przed siebie. Z niewzruszonymi minami, bez najmniejszego mrugnięcia okiem wpatrywały się w świat, na jakim przyszło im żyć. Świat jakim chciały władać. Chciały?
Może gdyby zburzyły barierę dumy, jaka przez wiele lat urosła między nimi, nie okazałoby się to wcale ich największym pragnieniem?
Może gdyby każda przestała się wspinać na wieżę drugiej i zbudowały most, odkryłyby siebie same i przyznały przed własnym „ja” do tego, czego przyznać nie chciały?
Może gdyby szczerze porozmawiały, nie wybuchłaby żadna wojna?
A może lepiej nie. Przecież mogłyby zacząć się dogadywać tak dobrze, że wygrałyby ją.
Nie miały wówczas najmniejszego pojęcia, jaki los w przyszłości je spotka!
Siedziały i podziwiały wszystkie pięć kontynentów. Starą Eutropę, w której tętniły nitki dróg i kolei, łącząc wszystkie starożytne i nowoczesne miasta. Nygusję, kolebkę cywilizacji, gdzie kultura ścierała się nieustannie z naturą i walczyła o przetrwanie. Azjadł, bezduszny i zimny, kontrastujący na wszystkich płaszczyznach, na których się tylko da. Gabriellon, dawniej zwany Sudlandią, (niemal) cały spowity w płaszcz władzy i splendoru Carycy. I Jameryka, trójkontynent, poszatkowany na malutkie kawałeczki, niczym stara koszula pełna nowych, różnokolorowych łat.
To był świat, na którym żyły. Świat, który im się należał.
A przynajmniej chciały udawać, że uważają, że realizacja tego pragnienia da im szczęście.
Agnés – przerwała wreszcie milczenie wiedźma. – Co mamy zamiar zrobić jutro?
To samo co zawsze, Morgainé. Spróbujemy przejąć władzę nad światem.
Siostry popatrzyły na siebie i uśmiechnęły się. A gdzieś na świecie umarł niebieskozielony jeż.

<< Część XIII


11 listopada 2015

Wyznania assasera: początki - część VI


<< Część V

Część VII >>

Deszcz powoli miał się ku końcowi. Nie sprzyjało to assaserom – łatwiej było ich usłyszeć. Postanowili więc wyruszyć, mimo że godzina wciąż pozostawała dostatecznie wczesna. Obudzili Krystiana, aby go poinformować.
Już?
Obawiam się, iż nie mamy alternatywy.
No dobrze – rzekł dziennikarz wstając i zbierając się. Ziewnął. – Życzę więc wam powodzenia.
Dziękujemy...
A! – Flesz nagle się ożywił. – Tak sobie właśnie pomyślałem, że warto by było zarekwirować, prócz rzeczonego jegomościa, także jego notatki.
Notatki? – zdziwił się Serafin.
Krystian westchnął.
Powinno tam być coś w rodzaju jego zapisków naukowych, na pewno coś takiego prowadzi. W końcu to naukowiec. Sądzę, że nie warto zostawiać tego na pastwę losu...
Może i racja. Lordowi Newtonowi może się to przydać...
Myślisz? – zdziwił się Krystian. – Informacje o broni?
Na pewno jest tam również masa teorii i zupełnie neutralnej wiedzy – zapewnił Krystian.
Tak, tak... Jeśli to będzie możliwe, załatwimy tę sprawę – zakończył temat Kamil.
Krystian chciał jakby coś dorzucić, lecz rozmyślił się.
Jasne. Powodzenia więc!
Opuścili kryjówkę i skierowali się w stronę ich celu. Szli powoli, ostrożnie, starając się wykorzystywać każdą okazję do skrycia się, mimo że i tak nikt nie miał praktycznie żadnych szans, by dojrzeć ich późnym jesiennym wieczorem w trakcie deszczu w lesie. Po kilkunastu minutach zbliżyli się dostatecznie blisko, by spotęgować jeszcze już i tak wywindowaną ostrożność. Wiedzieli, że kwestia natknięcia się na straże to kwestia czasu, dosyć zresztą krótkiego. Przeskakiwali więc zza jednego krzaka za drugi, zza jednego zwalonego konara za drugi, zza jednego drzewa za drugie. I wreszcie w pewnym momencie Serafin się zatrzymał, włażąc w krzaki i Sergiuszowi dając znak, by zrobił to samo. Widać już wówczas było spomiędzy kropel deszczu i drzew łunę ogniska w obozie prześwitującą nad jego ogrodzeniem.
Czekaj – polecił mu szeptem.
Posłusznie zamarł w bezruchu. Starał się nie oddychać, choć nie była to łatwa sztuka. Serafin również nie poruszał się. Cierpliwie czekali. Już po kilku minutach w ich polu widzenia pojawiły się zarysy dwóch sylwetek ludzkich, idących tempem spacerowym wzdłuż ostrokołu, jakim otoczony był obóz. Ich postawa wskazywała na traktowanie swych obowiązków z lekceważeniem i nonszalancją – śmiali się, głośno rozmawiali, nie obserwowali otoczenia bacznie, ba – jeden z nich wyraźnie nadużywał był uprzednio alkoholu.
Jeśli oni wszyscy są tak pewni siebie – rzekł półgłosem Sergiusz – to misja zapowiada się nad wyraz łatwo.
Niech cię to nie zmyli – odparł mistrz. – Nie możesz ulec temu wrażeniu. Nadal musimy zachować najwyższą ostrożność, tak jakby oni zachowywali najwyższą czujność. Teraz cicho!
Do dwójki strażników podeszła kolejna para – choć assaserów dzieliła od nich odległość około sześćdziesięciu nóg, dało się w nich rozpoznać kobiety. Śmiechy przybrały na sile. Cała czwórka sprawiała wrażenie, raczej jakby się spotkali na prostackiej imprezie, gdzie alkohol leje się strumieniami, a samce za cel stawiają sobie znalezienie partnerki na najbliższe kilka minut.
Kiedy para kobieta-mężczyzna zaczęła się całować, a pozostała dwójka poczęła bić brawo, Serafin westchnął.
Może już chodźmy, co?
Ale mistrzu, ostrożność...
Wiesz, darujemy sobie najwyższy stopień. Ale tylko tym razem.
Zgodnie z przewidywaniami, przemknięcie się obok tego dosyć oryginalnego „patrolu” nie stanowiło większego wyzwania. Nawet wspięcie się na ostrokół nie zwróciło uwagi imprezowego kwartetu – Serafin i Sergiusz schowali się za drzewem rosnącym tuż przy ogrodzeniu i skorzystali ze swych zdolności. Znaleźli się na terenie obozu. Tutaj baczenie znów musiało powrócić. Mogli w każdym momencie się na kogoś natknąć. Tym bardziej, że przestało już padać – tylko krople deszczu pozostałe na liściach skapywały niespiesznie w dół.
Po drugiej stronie zastali z grubsza prostokątny obszar, na którym całkowicie wykarczowano drzewa. Postawiono z nich, oprócz ostrokołu, kilka chat częściowo pokrytych płótnem – zapewne koszar i sal dla najemników – dwóch wysokich budynków z różnymi wystającymi prętami, drutami i zbiornikami – zapewne laboratoriów – oraz czterech małych budek przy rowach – zapewne latryn.
Zeskoczyli z obwarowań na błotniste podłoże, natychmiast chowając się za stosem drewna. Wychylili się zzań lekko, by móc ocenić sytuację i obrać cel. Nie musieli się obawiać o najemników – kilkoro siedziało tyłem do nich przy ognisku (jak je rozpalili?) i było w stanie o wiele gorszym niż tamci za ostrokołem. Reszta zapewne znajdowała się we wnętrzach budynków.
Serafin wskazał domniemane laboratorium, konkretnie bliższe z nich, znajdujące się jakieś siedemdziesiąt nóg na lewo. Podchodzili do niego, używając każdej z możliwych osłon po drodze – beczek, skrzyń, stosów substancji, których celów istnienia lepiej nie znać i wielkich, nie wyciągniętych z ziemi pni drzew.
Serafinowi wcześniej nie udało się ocenić stanu piątki porwanych hubbitów. Plan więc zakładał iż zanim cokolwiek uczynią, muszą się dowiedzieć, czy jest jeszcze kogo ratować. Jeśli zaś choć jeden z nich przeżyje – będą musieli rozdzielić swe siły i możliwości między ich ewakuację a unieszkodliwianie Cudora. W zadaniu było jednak zbyt wiele niewiadomych, by można było nazwać te zamiary konkretnymi i prostymi w realizacji.
Dotarli do budynku. Znajdował się on w odległości dwudziestu nóg od obwarowań. Obszar pomiędzy wyróżniał się od reszty powierzchni wokół znacznie wyższym poziomem – górował dobre półtora nogi – i nie był porośnięty trawą, lecz roślinami, które nawet nieoświetlone wyglądały na zdecydowanie nienaturalne i niebezpieczne. Zostały ogrodzone i coś assaserom podpowiadało, iż woleliby nie wchodzić między nie, przynajmniej dopóki nie było takiej konieczności. Popatrzyli zamiast tego na konstrukcję i oszacowali możliwości – laboratorium było zbudowane, jak zresztą wszystko wokół, z drewnianych bali i nie posiadało żadnych okien, a na pewno nie tuż przy ziemi. Widać było jedynie jakieś utwory tuż pod płaskim dachem, dobre pięć-sześć nóg powyżej.
Wespnę się tam – rzekł Serafin – i sprawdzę, czy coś da się dostrzec wewnątrz. Ty stój tu na czatach.
Sergiusz, wychylając się zza rogu, rozglądał się na prawo i lewo, obserwując, czy nie są obserwowani. W pewnym momencie już mu się zdawało, że ktoś krzyknął na nich, ale to tylko jeden z bardziej nietrzeźwych żołdaków opowiadał jakaś niesamowicie śmieszną historię, której to, szczęśliwie, Sergiusz zrozumieć nie zdołał, bo opowiadali ją w jakimś jamerykańskim dialekcie glickiego. Albo smrodańskiego.
Po upływie raptem dwóch minut mistrz był z powrotem na ziemi.
Nie da się nic konkretnego zobaczyć, za ciemno... a zapach wydobywający się stamtąd jest okropny!
Cóż więc teraz zrobimy?
Sprawdzimy, czy podobne wywietrzniki są w drugim budynku.
Podeszli do odgrodzonej strefy. Od pokracznych, powyginanych we wszystkie strony, półtorametrowych łodyg roślin, rosnących ponadto na nasypie ziemnym, oddzielały ich niewysokie paliki wbite w ziemię, powiązane sznurami konopnymi. Teren ten zajmował cały obszar za laboratoriami i wyglądał bardzo złowieszczo.
Czy to dobry pomysł przechodzić tędy?
Serafin pokręcił głową.
Nie. Ale obawiam się, że wielu alternatyw nie mamy.
Tylne ściany laboratoriów od dziwnej plantacji oddzielał pas o szerokości nogi, może półtorej. Za pierwszym budynkiem przemknęli się bezproblemowo, dalej bezproblemowo się przeczołgali przez strefę między oboma. Gdy znajdowali się na tyłach drugiego, Serafina musnęła swym liściem roślina. Pomimo że był odziany w płaszcz i koszulę, to udało się jej pyłkom przeniknąć materiał.
Ssss! – syknął, zwalniając kroku.
Coś się stało?
Dotknęła mnie. Swędzi jak diabli. Trzymaj się ściany, to nawet przez ubrania przełazi!
Do rogu budynku udało się dotrzeć bez kolejnych ekscesów. Bez obaw wyszli zza niego i poszli wzdłuż kolejnej ściany – strażnicy przy bramie, którą stąd można było dostrzec, nie wykazywali żadnych oznak przytomności, a w zasięgu wzroku nie znajdował się nikt inny. Widzieli natomiast na ścianie laboratorium okno na wysokości głowy Sergiusza (czyli nieco powyżej głowy Serafina). Wybijanie szyby nie okazało się konieczne – okno było uchylone, jakby czekało na nich. Skorzystali więc z okazji i wemknęli się przez nie. Znaleźli się w ciemnym gabinecie. Wokół rozwalono masę papierów – wszelakich notatek, szkiców i innych bazgrołów. Znalazło się też kilka ksiąg ułożonych na prowizorycznych półkach, niesprecyzowanych przyrządów prawdopodobnie pomiarowych i dwie niebezpiecznie wyglądające metalowe konstrukcje, czyhające na assaserów w rogach pomieszczenia.
Notatki, powiedział – mruknął Serafin, drapiąc się po lewym przedramieniu. – Niby jak my to mamy zgarnąć?
Może weźmy coś, co ma tytuł „Tajne notatki” albo jakoś tak?
Jasne – prychnął interlokutor Sergiusza. – Znajdź mi tu coś takiego. Po ciemku. – Kiedy Sergiusz już miał zacząć poszukiwania, mentor pokręcił głową. – Nie rób tego. Nie teraz. Wrócimy tu, jak załatwimy resztę spraw. Jeśli w ogóle zostanie czas.
Serafin przyłożył ucho do drzwi. Ze szpary pod nimi sączyło się słabe światło.
Nie słychać nic. Wchodzimy. Cały czas idź za mną.
Otworzył delikatnie drzwi, wyjątkowo starannie wykonane, zważywszy na warunki okolicy. Szczęśliwie, nawiasy nie skrzypiały. Za drzwiami znaleźli kolejne pomieszczenie, bezpośrednio nie oświetlone, lecz posiadające drugie przejście na przeciwległej ścianie. To właśnie zza tamtego przejścia wylewała się oślepiająca wręcz jasność. W tym zaś pokoju, stosunkowo wąskim, mogącym być korytarzem, gdyby nie to, że zawierało tylko dwoje drzwi, znajdowały się wysokie metalowe półki, na których stały poukładane mniej lub bardziej porządnie różnokolorowe preparaty i wszelakie środki chemiczne. Assaserzy najciszej jak tylko mogli (czyli bezgłośnie) podeszli do prostokąta drzwi i nasłuchiwali, jednak poza cichym brzęczeniem żarówki nawet oddechu nie wychwycili. Serafin szybko wystawił się na widok, ale nikogo nie było. Dał znak Sergiuszowi. Weszli do kolejnej części budynku, znacznie przestronniejszej niż reszta. Mnóstwo tu było wielkich skrzyń. Kilkanaście ułożono pod ścianą na sobie, ale znaczna większość została już otwarta i nie została odłożona na miejsce. Assaserzy pozwolili sobie zerknąć do nich – zastali tam jeszcze więcej narzędzi, przyrządów i składników, z których tylko niektóre mogli rozpoznać – wielkie kotły z charakterystycznie pachnącą siarką, alembiki z alkoholem, bynajmniej nie konsumpcyjnym, ołowiane kasetki, szklane krabfandrzle... Dosyć niepokojące wydało się dwóm porywaczom pudło pełne zakrwawionych noży wszystkich rozmiarów, wystające spod półprzezroczystej płachty. Oprócz ogólnego rozgardiaszu, znajdowały się tu jeszcze dwie drabiny – jedna prowadziła do pomieszczeń na górze, a druga przez otwór w ziemi na dół.
Gdybyś był szalonym geniuszem, gdzie umieściłbyś porwane obiekty doświadczalne?
W piwnicy.
Ja też. – Serafin się podrapał.
Choć akcja nie toczyła się nazbyt prędko, adrenalina uderzała Sergiusza i czuł się bardzo ożywiony i skupiony na celu. Zszedł po drabinie razem ze swoim mistrzem. Każde jej skrzypnięcie wydawało mu się głośne jak stado trombali na rynku w Malzaharbadzie, choć w rzeczywistości zapewne nikt dalej by tego nie usłyszał. Teraz byli ze dwie – trzy nogi pod ziemią, w wąskim i niskim korytarzyku, mogącym przyprawić niejednego o atak klaustrofobii. I wilgociofobii. I zimnofobii... było tam naprawdę zimno... Jednak, jakby się zastanowić, to odpowiednie warunki do rozwoju grzybów.
Podeszli kilka nóg do przodu. Po lewej widzieli otwory w ścianie, zapewne wywietrzniki, które, nawiasem mówiąc, wiele nie dawały. Znajdowali się teraz pomiędzy budynkami. Na wprost mogli dostrzec zarys drabiny w ciemności, zaś po prawej znajdowały się w głębi krótkiego tunelu uchylone metalowe drzwi. Zza nich słychać było jakiś mechaniczny szum i nieprzyjemne, organiczne dźwięki. Podeszli powoli. Serafin dał znak, by przygotować się. Zerknął. Sergiusz był w stanie wyczuć jego obrzydzenie. Był w stanie wyczuć również odór krwi, pleśni, ekskrementów, chemikaliów i kilku innych substancji, których wolał nie identyfikować.
Serafin odliczył po cichu do trzech i wbiegł do podziemnego laboratorium. Zgodnie z podejrzeniami, zawiasy zaskrzypiały metalicznie, a więc efekt zaskoczenia z sekundy na sekundę malał. Zapewne tutaj znajdował się Cudor i należało go jak najszybciej złapać.
Zamknij drzwi.
Sergiusz posłusznie wykonał polecenie. Przez moment otaksował wzrokiem to tajne miejsce. Zajmowało dosyć dużą powierzchnię – prawdopodobnie całe to pole za budynkami, jakie wcześniej widzieli. Laboratorium tłumaczyłoby również wzniesienie na powierzchni Drzwi znajdowały się mniej więcej w połowie szerokości. Podłogi i ścian w większości, poza blaszanymi płytami na najczęściej uczęszczanych ścieżkach, nie pokryto niczym – stanowiły one masę wilgotnej ziemi. Drewniano-metalowe sklepienie (łukowo-żebrowe, nawiasem wspominając) nie zapadało się dzięki znajomości fizyki budowniczego tego prowizorycznego kompleksu. I grubym drewnianym podporom. U sufitu wisiały bladożółte żarówki co kilka metrów. Jedynie te w środkowej części pozostawały włączone. W mroku po prawej i lewej nikły rzędy stołów i szafek ustawionych prostopadle do korytarza, z którego przybyli. Na nich stało jeszcze więcej tych przyrządów, które wcześniej po drodze tu widzieli, oraz rzeczy o organicznych kształtach w podświetlonych płynach fizjologicznych, które mogły być narządami, grzybami... czymkolwiek; Sergiusz wolał nie wiedzieć. Na wprost znajdowały się trzy stoły z mechanicznymi stojakami po bokach, stojaków podobnych do tych, jakie widuje się w nowoczesnych szpitalach eutropejskich.
Serafin nie tracił czasu na kontemplację otoczenia – rzucił się w kierunku osoby stojącej w głębokim cieniu, nie tak daleko od centrum trącącego zgnilizną pomieszczenia. Sylwetka sugerowała strach, ale nie była ona w stanie krzyknąć. Kiedy assaser po raz pierwszy uderzył go pięścią w twarz, nie aby zranić mocno, lecz by ogłuszyć, ten natychmiast padł nieprzytomny.
To cała walka? – zdziwił się Sergiusz.
Nie radziłbym się cieszyć przedwcześnie.
Młodszy assaser podszedł do mistrza i odwrócił człowieka, który zarył twarzą o blaszaną płytę.
Eee... mistrzu? Może tak trochę w świetle...
Podciągnęli osobę do zasięgu światła. I zobaczyli, że ewidentnie, pomimo dosyć męskich wymiarów ciała, byłą ona kobietą.
Cudor miał być mężczyzną, nieprawdaż?
Serafin zaklął cicho. Ale zaraz się otrząsnął z pierwszego szoku i powróciła trzeźwość myślenia.
Musimy najpierw sprawdzić stan hubbitów. Jak najszybciej. I zwiewamy stąd.
Stały tam trzy stoły laboratoryjne, jeśli można drewniane płyty na nogach nazwać stołami. Jedno było dosyć mocno pokrwawione i puste. Na pozostałych dwóch leżeli dwaj hubbici – stary i młody. Trudno było ocenić, co z nimi, ale zdawali się pogrążeni w głębokim śnie, wciąż żywi. Wyglądali całkiem nieźle, pomimo warunków.
Halo! – Serafin chwycił niepoznaczonego zmarszczkami hubbita. Miał ciemnofioletowe grzybowłosy z wyraźnymi ubytkami na skroniach – Obudź się! – Potrząsnął nim lekko.
Przez chwilę nic się nie działo, ale wkrótce otworzył oczy. Zaraz zmrużył je ponownie.
Hastha dwak:gha! – syknął.
Musimy uciekać – rzekł mu assaser. – Rozumiesz mnie?
Młodzieniec (najwyżej siedemnastoletni, licząc w ludzkich latach) pokiwał głową. Krzywił się mocno i masował jedną ręką kark. Do drugiej ręki miał powpinane różne rurki i kable.
Wsyko mie boli! – wysyczał ledwie ludzkim głosem.
Nie krzycz! Wciąż jesteśmy u wroga. Jak masz na imię?
Jeem Nammarh:ka...
Sergiusz pomagał mu wstać, podczas gdy Serafin próbował wybudzić ze snu (śpiączki?) drugiego porwanego. Klasyczne metody nie działały jednak.
Wiesz może – skierowali pytanie do jęczącego wciąż z bólu – czy inni...?
Nie. Na peno nie. Wisialem jak Flabdxacha zabijał. Rozcioł mu bh:fam piłą a potem...
Daruj szczegóły, proszę. Masz choć pojęcia, jak wybudzić twojego towarzysza?
Lambhon. Nie. Podł am śrótki i pił am pyny. Zerwć to! – ostatnie słowa odnosił do rurek wystających mu z ręki. Nie był pewien, czy to aby bezpieczne dla niego, ale Sergiusz łapał pierwszy lepszy nóż (a raczej pierwszy czystszy) i uciął połączenia Nammara z maszyną. Z przerwanych rurek kapały przezroczyste i brudnobrązowe ciecze.
Będziemy musieli go ponieść – powiedział Serafin. – Odetnij też tego.
Młody assaser wypełnił posłusznie polecenie. Potem znaleźli nosze i ostrożnie przenieśli na nie starszego hubbita. Mieli nadzieję, że nie będą musieli go porzucić po drodze. Zastanawiali się też, co zrobić z laborantką, którą tu zastali.
Zostawmy ją nieprzytomną – postanowił Serafin – a z nimi uciekniemy. Schowamy ich gdzieś, a potem wrócimy znaleźć Cudora.
Dobrze. Byleby on nie znalazł nas pierwszy. Ale jeszcze – jak mamy zamiar wynieść go po drabinie?
Może jest tu gdzieś drugie wyjście? Rozejrzyj się. A ja posłucham, czy ktoś się nie zbliża.
Podczas gdy Nammar usiłował poradzić sobie z silnymi nudnościami, Sergiusz posłusznie ruszył w kierunku nieoświetlonej części podziemnego laboratorium, ale nie zdążył przejść nawet połowy jego długości, kiedy został zawołany z powrotem.
Co się stało?
Musisz znaleźć inne wyjście. Te drzwi się całkowicie zatrzasnęły. I nie da się ich od tej strony otworzyć. – Pogładził spiżową powierzchnię grubych drzwi z okrągłym oknem na wysokości głowy przeciętnego człowieka. Czyli poniżej głowy Sera. – Żadnej klamki, zasuwy, skobla... a z zewnątrz znajdował się zamek szyfrowy. Pośpieszmy się. Nammarh:ka! Jesteś w stanie nam pomóc? Jest tu drugie wyjście?
Jet. Nepamieta. Je... – zrobił przerwę na uspokojenie zawartości żołądka. – Staloy placnalina.
Mimo że assaerzy nie zrozumieli ostatnich słów, szybko pobiegli znaleźć placnalina. Nammar biec nie próbował, ale stawiał pierwsze kroki i powoli zaczynał wygrywać z układem pokarmowym. Poszukiwania nie były wbrew pozorom łatwe – dało się z łatwością potknąć o porozwalane na podłodze elementy wyposażenia laboratoryjnego albo blachy. Problemem było też oświetlenie – w kompletnej ciemności nic nie było widać i próbowali w jakiś sposób korzystać z podświetlanych eksponatów – znaleźli dwa puste pojemniki świecące na niebiesko i używali ich jak latarni.
Mam! – zakrzyknął po dwóch minutach nerwowych poszukiwań Sergiusz. W rogu pomieszczenia znajdował się mechanizm pozwalający wciągnąć lub opuścić metalową platformę. Nie zdążyli jednak się zastanowić co robić dalej, bo zza drzwi rozległo się wołanie, znacznie przytłumione. Co ciekawe, po nowopawlilandzku.
Claudié! Co się stało?
Serafin pokazywał znaki, by Sergiusz podbiegł bliżej środka i schował ślady ich działalności. Sam zaś przyparł do ściany przy drzwiach.
Claudié!
Jak na złość, laborantka zaczęła odzyskiwać przytomność.
Marszat? – wpierw rzekła cicho, ale po chwili przypomniała sobie, co się stało. – Marszat! Ma...
Padła pod ciosem Sergiusza. Uważał się raczej za dżentelmena, ale czasem nad manierami bierze górę instynkt samozachowawczy. Starał się zresztą nie pokiereszować zbytnio twarzyczki młodej dziewczyny.
Co się stało? – powtórzył zaniepokojony głos zza drzwi, zaraz potem waląc w nie pięścią. Serafin się przygotował. – Biegnę po pryncypała!
Serafin po raz kolejny onego wieczora zmełł w ustach przekleństwo.
Bierzemy go. Już!
Podbiegli po hubbita i podnieśli go. Okazał się bardzo lekki. Serafin zmienił nagle zdanie.
Weź go na ręce sam. Dasz radę. Będzie szybciej.
Ale...
Ja wezmę tę dziewczynę. Będzie zakładniczką. Na wszelki wypadek.
Zdążali przez laboratorium w kierunku windy – Sergiusz z uśpionym hubbitem, Serafin z ogłuszoną kobietą, a Nammar sam ze sobą. W kilka sekund dopadli podnośnik i gorączkowo rozpoczęli poszukiwania mechanizmu sterującego.
Może lepiej by było zostać i poczekać? – zasugerował Sergiusz.
Nie sądzę. Ja na miejscu Spawharda nie pojawiałbym się tu bez obstawy w takiej sytuacji – to ucięło zwątpienie. Wkrótce potem znaleźli dwa przyciski mogące ich obsłużyć. Weszli na metalową podstawę i wcisnęli jeden z nich z dosyć wymowną sygnaturą strzałki w górę. Syknęły siłowniki, a wraz z nimi Serafin – przecież to tak musi hałasować!
Koło niewidoczne gdzieś nad nimi zaczęło się obracać i wciągało stalowe liny do góry, a wraz z nimi platformę. Nawet nie słychać było zbytnio szumu przy okazji wydawanego. Szkoda tylko, że kiedy właz u góry (maskujący z zewnątrz podnośnik) rozsunął się, zapaliły się wokół trzy pomarańczowe lampy, dosyć mocno odcinające się od ciemnego otoczenia.
Znaleźli się – tak jak przypuszczali – za budynkami laboratorium, tuż przy ostrokole wokół obozu. Wcześniej w ciemności nie zauważyli tego mechanizmu. Na szczęście nikt nie zwrócił jeszcze uwagi na światło od nich bijące, częściowo zasłonięte dla ludzi wokół ogniska przez zabudowania. Poza tym, wspomniani bandyci byli zajęci – usiłowali ostentacyjnie nie słuchać Spawharda, krzyczącego na nich donośnym głosem po smrodańsku – domyślali się, że to on, bo nie widzieli. Ale woleli nie sprawdzać – najpierw musieli przetransportować jakoś dwójkę nie całkiem sprawnych hubbitów przez drewniane ogrodzenie wysokości trzech nóg.
Za mną! – cicho rozkazał Serafin. Ruszył szybko tą samą trasą, którą raptem kilka minut wcześniej przemykali, by dostać się jakoś do wnętrza. Prześlizgnęli się między tylną ścianą budynku a polem nietypowych roślin, wciąż uważając mocno na smagnięcia ich liści (Ser zaciskał zęby, nie mogąc się podrapać). Gdy Serafin dotarł do końca pierwszego budynku, zatrzymał się, nakazując to samo zrobić Sergiuszowi i Nammarowi (który w międzyczasie po raz ostatni pokolorował podłoże), wyjrzał zza rogu budynku, obejrzał i wysłuchał sceny karcenia przez Spawharda jego najemników oraz rodzącego się zarzewia buntu z niewiadomego assaserom powodu, a następnie, mając pewność niepatrzenia przez nikogo w oną stronę, kazał przebiec szybko przez przestrzeń między budynkami najpierw swojemu uczniowi, a potem hubbitowi. Sam zrobił to na końcu. Kontynuowali powtórzyli skradanie się za drugim laboratorium. Na końcowym odcinku, dwie nogi przed wolną przestrzenią, zatrzymali się.
Musimy teraz spróbować dostać się do wyjścia – rzekł, wskazując dziurę w ostrokole, szeroką na dwie nogi, pilnowaną przez dwójkę ledwie żywych strażników, których nie obudziły krzyki dobiegające z ogniska.
Masz pomysł, jak to zrobić, żeby nas nie zastrzelili?
Pracuję nad tym...
Może jakoś wykorzystamy naszą zakładniczkę?
Serafin myślał intensywnie.
Tak, ale jak? To może... – przerwały mu głośne okrzyki radości od strony ogniska. Najwyraźniej Spawhard wreszcie przemówił jakoś do rozumu (jakkolwiek by mały nie był) swoim bandytom. Usłyszeli zerwanie się z miejsc przy wtórze gwaru i kroki w błocie. Assaserzy zobaczyli cienie rzucane przez osoby przechodzące przed ogniskiem – oszacowali ich ilość na siedem, osiem. Reszta dopiero zbierała się. Do czego?
Mhmmm! – stłumił coś w sobie Nammar.
Cicho! – syknął Ser.
Dotknęło mnie to blfhabbo! – rzekł, drapiąc się intensywnie po ramieniu.
Ostrzegałem... – Zamyślił się. – Mam pomysł! Możemy... – Nie dane jednak było Sergiuszowi dowiedzieć się, jaki to przebiegły fortel wykoncypował jego mistrz. Bowiem w tym właśnie momencie obudził się niesiony przez niego hubbit. I jęknął bardzo głośno.
Cholera jasna... – skwitował Serafin. Zaraz potem płaszcz Segiusza został zarzygany.
Po drugiej stronie laboratorium najwyraźniej ich usłyszano. Po drandońsku padły słowa, mogące zapewne się tłumaczyć: „Hej, przyjaciele! Spójrzmy społem cóż to były za odgłosy!”
Jakby tego wszystkiego było mało, laborantka też odzyskała właśnie w tym momencie przytomność. Ser zrzucił ją z ramienia i złapał przed sobą. Wysunął ukryte ostrze i przystawił jej do gardła. Rzadko kiedy bywał tak blisko z kobietą.
Ani się waż pisnąć słowo – szepnął jej w ucho po nowopawlilandzku. Posłuchała go. Wysunął się z nią na przedy.
Nie ruszajcie się stąd – rzucił do Sergiusza i hubbitów.
Sekundę później w jego polu widzenia pojawił się Cudor Spawhard. Wyglądał identycznie jak postać ze zdjęcia, jakie ukazał im przedwczoraj Krystian Flesz. Niewysoki, szczupły, a wręcz kruchy, z kruczoczarnymi włosami dokładnie zaczesanymi. Pomimo niesprzyjających warunków otoczenia, sprawiał wrażenie zadbanego – ogolony i czysty – w przeciwieństwie do całej reszty jego bandy. Efekt sterylności psuła tylko czerwona plama na jego białym kitlu. Był złowieszczo uśmiechnięty. Oświetlany przez płomienie ogniska, w iście barokowym kontraście wyglądał dokładnie tak, jak szalony naukowiec wyglądać powinien. Wokół niego zaraz zgromadziła się grupa ludzi (i dwóch krasnoludów) – mniej więcej połowa z nich niezdolna do życia, ale reszta całkiem trzeźwa.
Mówisz po nowopawlilandzku? – spytał całkiem płynnie.
Tak – odwarknął assaser.
To dobrze – uśmiech adwersarza stał się jeszcze szerszy. – Bo mam do ciebie kilka pytań. Nie chciałbyś może pomóc mi w badaniach?
Sera zamurowało.
Zapomniałeś języka w gębie? Odpowiadaj, póki jestem miły. Jeśli się zgodzisz, nie zabiję cię.
Wolę zginąć.
Cudor uciekł oczami w bok, jakby się zastanawiał.
Tak, to zdecydowanie byłoby mniej bolesne. Ale też mniej pożyteczne dla nauki. Teraz powiedz kim jesteś i co tu robisz? Dlaczego zrobiłeś zamęt i porwałeś małą Claudié?
Przybyłem tu, aby zakończyć twe bezduszne eksperymenty.
Eksperymentator zachichotał.
Tego się domyśliłem. Który kraj cię nasłał? Jestem ciekaw kogo mam się w przyszłości obawiać.
Serafin odpowiedział pytaniem.
Czemu to wszystko robisz? Jakie masz powody?
Liczysz, że teraz opowiem jakąś ckliwą historyjkę dotyczącą mojej przeszłości i głęboko osobistych powodów; masz nadzieję że jakoś dasz radę mnie przekonać, że mogę swój problem rozwiązać inaczej i się zaprzyjaźnimy? Ha! Nic z tego. To wcale tak nie działa. Powód jest tylko i wyłącznie jeden: pieniądze. Na tym skończymy rozmowę. Poddaj się!
Zbiry zrobiły krok w jego stronę, ale on przyłożył ostrze bliżej gardła zakładniczki.
Nie ruszajcie się! Bo ją zabiję!
Naukowiec prychnął.
Jak dla mnie żadna różnica.
Claudié dopiero teraz na poważnie się wystraszyła. Serafin to wyczuł.
Nie! – krzyknęła.
Nauka wymaga poświęceń – rzekł Cudor. – Zastrzelcie go!
Ale los Serafina nie mógł pozwolić na to, by cokolwiek w jego życiu poszło gładko. Nawet śmierć. Kiedy postawny bandyta wyjął rewolwer, nagle rozległy się hałasy od strony bramy obozu.
Spawhard uniósł brew.
Czyżby twoi koledzy?
Tak! Przybyły dzikusy! Co prawda nieco wcześniej niż się zapowiadali, ale Serafin nie narzekał.
Przynajmniej jeszcze nie.
Do obozu wsypała się cała masa czerwonoskórych uzbrojonych w dzidy i śmiercionośne pukawki.
Alarm! – krzyknął Spawhard. Następnie powtórzył toż samo po jamerońsku.
Rozpętała się walka. Strażnicy obudzili się tylko po to, by zasnąć permanentnie. Nie zdążyli zamknąć bramy, choć nic by to nie dało – przez ostrokół przeskakiwali równie łatwo, jakby go nie było. Wpadali ze wszystkich stron, stając do walki z każdym, kto tylko się napatoczył. Atakujących było około trzydziestu i choć ich zdolności nie były wcale na najwyższym poziomie (a przynajmniej nie wszystkich) to klęska bandytów zapowiadała się na sromotną – cóż po broni palnej, kiedy się nie może trafić w cel z odległości nogi?
Assaser puścił dziewczynę. Cudor usiłował strzelić, ale nie był najlepszy w tym i chybił o dobre pół wysokości człowieka. Serafin błyskawicznie do niego podbiegł i, wsadziwszy ostrze pod żebra jego dryblasa, rozpoczął walkę wręcz z Cudorem. Trwała ona trzy ciosy. Następnie zaś, obroniwszy się przed atakiem potężnie zbudowanej kobiety, posłał ją na ziemię. Uderzyła głową o kamień.
Serafin uniósł ręce do czerwonoskórych!
To my! Mamy Haubchg:bhada!
Mistrzu! – Sergiusz wciągnął go w cień – oni nie wyglądają na zainteresowanych...
Rzeczywiście, piątka dzikusów biegła w ich stronę z włóczniami uniesionymi do góry.
Haubchg:bhada! – krzyknął jeszcze raz Serafin, odsuwając się jednak krok do tyłu.
Zza nacierających wojowników rozległ się głośny krzyk.
Heatta!
Napastnicy się zatrzymali. Podszedł do nich znajomy assaserów – czerwonoskóry hubbit ze sterczącym grzybem na głowie. Z charakterystycznym, niesamowicie piskliwym głosem. Kwabwéhg.
Jednak sery są! – skwitował szyderczo. – Nie wzieliście złego. My mujelimy to zrobić.
Ale zdołaliśmy uratować dwoje waszych współplemieńców – rzekł assaser, odsuwając się i ukazując wychodzących z cienia za budynkiem Sergiusza, Nammara i dźwigającego się starszego hubbita.
Mina Kwabwégha pozostawała zła – jak zawsze, kiedy na nich patrzył.
Mamm:na dehna!
Czerwonoskórzy znów rzucili się do ataku.
Stop! – krzyknął Serafin.
Mistrzu, powinniśmy się wycofać.
Stójcie! Jak to? Przecież uratowaliśmy ich...
Wojownicy na chwilę zwolnili i odwrócili się, by spojrzeć na swego przywódcę.
Heatta. Owsem, uratalicie. Ale siie zmieńło. Mamy was wzioć żywych albo matwych.
Mogę zrobić im krzywdę – rzekł Serafin, wskazując na hubbitów.
Kwabwégh wzruszył ramionami.
Mamm:na dehna!
Nie mogę choć raz wziąć zakładników, których ktoś będzie chciał odbić?” – pomyślał Serafin. Ale nie było czasu na użalanie się nad sobą, gdyż zaatakowali wrogowie. Teraz, kiedy nie był skrępowany klejącą siecią, walczyło mu się o wiele lepiej. Tuż obok niego stał Sergiusz. Starali się nie zabijać czerwonych – pierwszą dwójkę bez problemu przygwoździli do ziemi, następnego mięśniaka musieli wziąć z dwóch stron, równocześnie odpierając pozostałą parę. Po paru zręcznych unikach i ciosach, potyczka się zakończyła.
Luckie ścierffo! – Ruszył na nich wściekły hubbit. Pomimo że pragnął ich śmierci odkąd ich zobaczył po raz pierwszy, starali się go nie uszkodzić poważnie – jedynie odcięli prawą dłoń w nadgarstku. Zostawili oponenta wyjącego bardzo cieniutkim głosikiem i podbiegli do hubbitów pozostawionych pięć nóg z tyłu, pod boczną ścianą laboratorium.
Musimy uciekać.
Odradam bramem – odradził bramę Nammar. Coś w tym jednak było – od jej strony biegła kolejna siódemka.
Tędy! – rzekła Claudié, która, jak się okazało, nigdzie się nie ruszyła. Najwyraźniej postanowiła pomóc swoim porywaczom. Wsunęła się między zmutowane pokrzywy.
Aleo pieczcze! – skarżył się Nammar.
Nie od tej strony. Nie tak bardzo – zapewniła. – Pomóżcie im iść – rzuciła jeszcze do assaserów.
Ruszyli więc. I tak nie mieli zbyt wiele innych możliwości. Za laborantką szedł całkiem już przytomny Nammar, a dalej Sergiusz wspierający drugiego z hubbitów, już usiłującego iść o własnych siłach. Wycieczkę zamykał Serafin, unieszkodliwiający dobiegających trzech przeciwników bez większych problemów. Wśród całe ciało zaczynało swędzieć...
Rośliny rosły na usypisku, pod którym znajdowało się laboratorium. Ziemia była na tyle wysoka, że tuż pod ostrokołem znajdowała się niemal na tej samej wysokości, co drewno. Po półminucie dotarli do jego krawędzi.
Najpierw zeskoczył Sergiusz. Dla kogoś po treningu assaserskim nie stanowiło to najmniejszego problemu. Claudié zeskoczyła jako druga, a jej upadek złagodził Sergiusz – okazał się całkiem niezłą poduszką. Następnie schodził Nammar – uczepił się wystającego pala ostrokołu, podparł się na dole nogami i w efekcie również nie wyrządził sobie krzywdy. Największe zamieszanie było wokół drugiego hubbita.
Zeskocz! – zachęcał go assaser.
Zaraz... – mówił ten, wciąż półprzytomny, siedząc na krawędzi ostrokołu.
Zaraz to nas dogonią! Skacz.
Zaraz...
Serafin dostał lotką w plecy. Odruchowo tam sięgnął i ją wyrwał. Popatrzył na nią, ale jej nie dostrzegł. Nie doczekał następnego zaraz. Osunął się na kolana, zamknął oczy i padł.

<< Część V Część VII >>

Raczcie wybaczyć nieco zwłoki z mej strony, ale z ręką na sercu rzec mogę, iż nie obijałem się przez miniony miesiąc. Przeciwnie - pisałem codziennie choć jedno zdanie. Ale dziesięć stron (rzeczony rozdział to jedna czwarta długości całości, jak dotychczas) składa się z bardzo wielu zdań... W międzyczasie poprawiałem „Restaurację” i na moment obecny jest poprawiona - chwilowo robię przerwę od „Wyznań” i dokończę epilog Wojny Schabowej, co, mam nadzieję, zdążę uczynić przed końcem miesiąca. Pozdrawiam serdecznie!

1 października 2015

Wyznania assasera: początki - część V


<< Część IV

Część VI >>

Nie dyskutowali. Wcześniejsze próby tego spełzły na niczym. Każdy z nich był poddenerwowany i niespokojny, choć każdy z innych powodów, wiadomych tylko im samym. Jedyna kwestia, jaką zdążyli rozważyć, to kwestia ucieczki – postanowili jednak czekać pokornie na wyrok, a dopiero potem, jeśli byłby on niekorzystny, znaleźć sposób na wydostanie się z tego miejsca.
Znajdowali się w grocie, przez środek której przepływał strumyczek, aby następnie spaść z półki skalnej i połączyć z głównym strumieniem na dole wąwozu. Otwór wylotowy, poza malutkim wyjątkiem dla wody, był zagrodzony drewnianą ścianą, strzeżoną przez kilku czerwonoskórych. Po kilkunastu minutach od znalezienia się tam, dostali jakieś owoce i korzenie w ramach posiłku oraz kilka glinianych naczyń z jakąś cieczą. Chociaż na to wcześniej nie zwracali uwagi, to jednak mieli na sobie wciąż mnóstwo poprzylepianych włókien quoéphawt, z jakiego spleciono sieć oraz powrozy. Słowa Reto się sprawdziły – wielką trudność sprawiało pozbycie się niesamowicie kleistego soku. Na szczęście ta ciecz dawała radę.
Na zewnątrz zrobiło się ciemno (zupełnie jakby wcześniej było jasno), a oni wciąż siedzieli w milczeniu i nikłym świetle świecących na zielono grzybów w jaskini. Czekali. Serafin i Sergiusz pogrążali się we własnych rozmyślaniach, a Krystian żegnał się ze swym aparatem oraz kombinował, jak zachować jak najwięcej osprzętu doń, jaki taszczył w plecaku.
Wreszcie przyszedł grzybiarz. Ten wysoki.
Witajcie! – uśmiechnął się do nich, po czym podszedł do zielonych grzybów. Gdy dotknął je, zaświeciły znacznie jaśniej, zmieniły kolor z zielonego na żółtopomarańczowy i jaskinia wyszła z półmroku. – Mam dla was dobre wieści! Możecie kontynuować misję.
Nie zmieniono nic co do mojego aparatu? – spytał pełen nadziei Krystian.
Całkiem sympatyczny grzybiarz westchnął.
Nie. Ale myślę, że będzie można jeszcze coś wynegocjować.
Dzięki Donysowi! Lepsze to niż nic...
Sergiusz postanowił zagadnąć tubylca.
Kim jesteś?
Zwiastun nowin uśmiechnął się ponownie.
Nazywam się Jyqwa:droi:lladracto, ale dla was mogę być Jyq. Jak wy się zwiecie, jeśli wolno mi wiedzieć?
Krystian i młody assaser przedstawili się grzecznie, ale Serafin, podawszy swe imię, natychmiast rzucił pytanie.
Jaki jest haczyk co do misji?
Cóż... jest go kilka, o czym wam zaraz powiem. Ale najpierw może przedstawię wam krótce historię tego miejsca i naszej rasy, bo zapewne jesteście ciekawi. Poza tym, pomoże to wam zrozumieć pewne kwestie.
Na przykład: co chcecie zrobić Reto. – uściślił Sergiusz. Tym razem Jyq nie uśmiechnął się.
Do tego też dojdę. Zacznę może lepiej od początku. A ten niknie w mrokach dziejów...
Wiele, wiele latów temu, na pewno ponad trzydzieści stuleci, do tego wąwozu zwierzęta zaniosły zarodniki grzybu, konkretniej – hub. Jak już zapewne zauważyliście, ściany kanion są nie z kamienia, ale z tkanki drzewnej. Nie jesteśmy naukowcy, lecz badaliśmy ten fenomen i doszliśmy do wniosku, że miało to związek z jakąś pradawną i pierwotną magią, wymekającą się daleko poza nasze umysła. Nie potrafimy jej, niestety, użyć... Przepraszam. Odbiegłem. To nieistotne. Istotne to, że miejsce to znajdowało wielce huby drzewne – wilgotno, chłodno, niesłonecznie i bezpiecznie. Rozpoczęły one gwałtowną ekspansję dzięki warunkom. Ekspansję i rozwój. Grzyby zaczęły ewoluować... nauczyły się myśleć.
Przybysze przyjęli tę sensację raczej milczeniem. Mogli się przecież spodziewać wszystkiego. Nie dało się jednak ukryć – szokowało to nieco...
Grzyby te – kontynuował – ręka Dewwaugh pchnęła w tym kierunku, że co drugie pokolenie zarodniki rozsiewane były wiatrem. Jeśli zaś trafiły na jakie zwierzę z dosyć umysłem, rozwijało się w jego wnętrzu...
Krystian syknął z obrzydzeniem.
Tak rozwinęła nas Natura, choć wiem, iż dla was, Najeźdźców, wydawać się może dziwnie. Dążąc jednak dalej – nieco wieków temu przybyli tu Ghyad:ghara. Czerwonoskórzy założyli wioskę. A kiedy kilka umysłów zostało przejętych, uznali nas za wysłanników bogów. Nazwali nas Haubchg:bhada, co w waszym języku mogłoby wydawać... hubbici. Tak. Hubbit to dobre słowo.
Wioska rosnęła, lata mijały. Przejmowaliśmy umysły Ghyad:ghara, lecz o wiele mniej niż zwierząt, ludzie są trudniejsi do okiełznania. Od jakiegoś czasu rodczość naszych ojców, śpiących na ścianach kanionu, spadła znacznie. Nie rozsiewają się sami. Teraz wśród młodych czerwonoskórych selekcjonujemy największe umysły, szkolimy je i wybieramy najlepsze z najlepszych. Od obcych, trafiających tu raz na jakiś czas, poznaliśmy wasz język i próbujemy uczyć młodowie. A w końcu, kiedy uznamy za czas, przeprowadzamy ceremonię Narodzin.
To jest to, co zrobicie Reto, tak? – wtrącił się Sergiusz, choć Jyq chyba tego oczekiwał. Opowiadacz westchnął przeciągle.
Nie wtrącamy się w wiarę i wychowanie naszych braci czerwonoskórych. Dla nich jednak, jakym mówił, bogowie nas, hubbitów, posłali. Dewwaugh i Bawwarqe. Natura i Woda. Ja tak na przykład nie uważam. Może i są bogowie, lecz ja ich nie znam. Ale nie kłamię im i nie mówię kłamy.
Jyq odczekał chwilę, jakby się zastanawiał, po czym rozpoczął mówienie na ponów.
Mój ludzki ojciec nazywał się Dejhgqe. Oddał mi swe ciało. Ale wiem, że zrobił to z radością. Czuł się zaszczyt, że może poświęcić bogom. To dobry człowiek i mam nadzieję, że ja jestem dobrym hubbitem... Wstyd, że nie pamiętam nic z jego wspomnień. Zwykle wspomnienia w umyśle zostają... W każdym bądź co bądź znaczna większość cieszy się, jak zostaje poddana Narodzeniu. Choć dla duszy to oznacza odejście z ciała. A dla ciała – ból.
Większość nie oznacza jednak wszystkich – zauważył Krystian Flesz. Jyq pokręcił głową.
Prawdę. Retonrhaké:run mądry jak mało który z jego braci i sióstr. Może i nawet najmądrzejszy. Rósł jednak nieświadom tego. Nie chwaliliśmy go zbytnio, by nie popadł w dumę. Logh:fra:qué, nasz wódz, osobiście go uczył języka. Zna go tak dobrze, jak więcej hubbitów. Choć dobrze widzę, kaleczymy język wszystcy.
Codzienni użytkownicy nowopawlilandzkiego postanowili przemilczeć tę samokrytykę.
Niedawno zaatakowali nas ci bandytowie, jakich szukacie. To raczej na pewno oni, w pobliżu innych uzbrojonych wielkich grup nie ma. Dwadzieścia kilka osób z znienacka podeszło naszych wartowników i wlało się do wioski. Porwali trójkę hubbitów. Zabili zaś osiemnaście osób spośród Ghyad:ghara. Wśród nich kobietę Retonrhaké:runa. Chłopak nie ucierpiał w walce. Był poza wioską, na zachodzie, kiedy wrócił wszystko się skończyło – głos Jyqa przybrał znacznie smutniejszą aniżeli dotąd barwę. – Obwiniał się, że to jego wina. Że nie był przy niej. Ropaczał kilka dni, razem z innymi. A potem wziął się w garść. W przeciągu jednej nocy jakby zapomniał. Tyko mniej życia miał w sobie. Wtedy Logh:fra:qué postanowił go uświadomić o naszych planach wobec niego...
To znów wprowadziło go w rozpacz. Nietrudno dziwić – wszystko postanowiło zmienić jego życie. Najpierw śmierć jego kobiety, jeszcze nie poślubionej, a potem wyrok defakto śmierci własnej. On też nie wierzył w bogów i choć miał do nas respekta, nie był gotów poddać się. Spróbował ucieczki, ale go schwytaliśmy. W celi oczekiwał na przygotowanie ceremonii Narodzin. Gdy zostały tylko dwa dni, zwiadowcy nas oszczegli – atakują! Ale gdy szykowaliśmy się do obrony, Reto uciekł. Co robił dalej, chyba wiecie...
Nie wiedzieli całkiem. Nie mieli pewności. Mogli się domyślać. Ale teraz historia była już pełniejsza.
Co zaś z bandytami? – spytał Serafin.
Uprowadzili kolejnych dwóch hubbitów. Jednego zabili. Poza tym z życiem rozstało się jeszcze dziesięciu mieszkańców wioski.
Rozumiem więc – rzekł Krystian, ku niezadowoleniu Serafina – że ten haczyk oznacza, że mamy uratować ich?
Jaq pokiwał głową.
W tym momencie hubbitów w wiosce jest, licząc także mię, ośmioro. Bandytowie więżą kolejną piątkę... przynajmniej mamy nadzieję, że jeszcze żywią. Pewności nie mamy, bo, z tego co mówili zwiadowcy wysłani, robią im coś z głowami...
To prawdopodobne – przytaknął Krystian. – Spawhard jest neurologiem. Jego celem jest, najpewniej, opracowanie broni do przejmowania umysłów.
Tak... – zadumał się hubbit. – To możliwe. Nasza rasa to umi... Ale tylko co drugie pokolenie. Nasi ojcowie i pradziadowie, rosnący teraz na drzewach, mają odpowiednie zarodniki. My powielamy się dopiero po osiągnięciu co najmniej dziesięciu lat. Wówczas, gdy przyjdzie odpowiedni czas, ciało umiera, a my wraz z nim. Pozostawiamy jednak po sobie miliony nasion. Te zaś muszą się sparować z jakimyś innymi (bo jesteśmy haploidalnowe) i dopiero wtedy może powstać nowy osobnik...
Hmmm... – Serafin był nieco skonsternowany lekcją rozmnażania hubbitów. – A jak... wiekowi są porwani?
Z pierwszej trójki dwoje było bardzo młodych, mieli odpowiednio dwa i trzy lata. Iodemme:grawho, uprowadzony wraz z nimi, należał zaś do starszyzny – skończył już piętnaście lat. To wyjątkowo długo, jak na nasz rasę, choć, nawiasem mówiąc, obecny wódz jest rekordzista – ma dwadzieścia dwa lata. Co się tyczy następnych dwaj, to obaj są już starzy – odpowiednio dziewięć i dwanaście wiosen liczą.
A czy można wiedzieć – ożywił się dziennikarz – jak wygląda ta kwestia w przypadku reszty?
Najstarszy z niewymienionych dotutaj – odpowiedział Jaq – to siedmiolatek, Tyraq:dhaqémi. I sami młodzi. Ja mam trzy ukończone lata. Kwabwéhg, widzieliście go wcześniej na placu, dwa. Reszta podobnie.
Czyli – konkludował Flesz – nasz cel nieprzypadkowo dobrał ofiary swego ostatniego ataku. Dowiedział się już o waszej... możności przedłużania gatunku.
Prawdopodobnie – przyznał rację hubbit. – Lecz liczę, iż nie poczynił za dużo ustępu... nie, przepraszam. Postępu. Dzisiaj Palenisko, czyli zebranie wszystkich nas, myślało, czy pozwolić wam ruszyć na misję. Wódz Logh:fra:qué was polubił – zdołał wyperswadzić wszystkim, że konieczne jest to. Ale nie obyło się bez sprzeciwów. Powiem więcej – było go dużo. Przewodniczył niezadowolonym Kwabwéhg, chcący was zabić i dokonać ataku na obozowisko. Jego popierało reszta młodych, poza mną. Ja też was polubłem i wierzę w wasze szczere intencje. Jednak oni tacy nie są. Czują się domininowani przez starszych, a chcieliby bardziej władzić. Pojawił się pomysł, aby i na was przeprowadzić Narodziny. Szczęśliwie, Logh:fra:qué, Tyraq:dhaqémi i ja zdołaliśmy zbić te zapędy. Liczyli bowiem, że wy moglibyście by roznieść zarodniki na świat zewnętrzny... Ale to już nieważne.
Poprowadzę was jutro do bandytowów, przynajmniej częściowo, a dalej działać będziecie wy. Kiedy chcecie wybyć?
Najlepiej o świcie – stwierdził Serafin. – Zapewne droga nie jest krótka, a my musimy potem urządzić rozpoznanie. Akcję przeprowadzimy wieczorem
Jaq popatrzył uważnie na całą trójkę.
Naprawdę jesteście w stanie to zrobić? Wykiwić ich i uratować naszych?
Tak. Jesteśmy w stanie. Jestem tego pewien. Trudniej może być dostarczyć porwanych do wioski, równocześnie eskortując szalonego naukowca.
Umówimy się więc. Przyślemy nad ranem pojutrza grupę, aby w tym pomogła. Czy jednak nie będą nas ścigać?
Przekonamy się – odpowiedział zamiast Serafina Krystian. – Szanse jednak małe. Nasi assaserzy postarają się zasiać jak najwięcej paniki wśród łobuzów, przekonując o naszej potędze i zniechęcając ich. Poza tym – to najemnicy. Nie będą walczyć bez pieniędzy. Chyba że nie dostali z góry, co jest mało prawdopodobne...
Dobrze więc! – Jaq wstał. – Pora na mnie. Muszę odejść do innych obowiązków. Jeślibyście czegoś potrzebowali, zwróćcie się do waszych opiekunów. Nie traktujcie jak celi tego miejsca, choć nie wypuszczą was, wybaczcie. Nie są ufni. Zresztą, może to dla was bezpieczniej... Do zobaczenia o świcie!
Zaraz gdy wyszedł, Sergiusz poprawił się na swym siedzisku i podrapał z tyłu głowy.
No więc jaki jest plan?
Serafin popatrzył na niego uważnie.
Idziemy spać, budzimy się, wyruszamy na akcję, spełniamy swe zadanie. Oczekujesz czegoś jeszcze?
Tak – spojrzał mistrzowi siedzącemu po drugiej stronie ledwie żarzących się węgielków w oczy. – Oczekuję, że po drodze uwolnimy naszego przyjaciela.
Niby którego?
Retonrhaké:runa!
Krystian chciał się odezwać, ale nie zdążył, albowiem Serafin ruszył do kontrataku.
Już przyjaciel? Miał nas tylko zaprowadzić do obozu i z zadania wywiązał się w miarę swoich możliwości. Nie widzę jednak powodu, by go ratować.
Nie widzisz powodu? Jak tak w ogóle możesz mówić?
Normalnie. Zawsze trzeba mówić prawdę.
Powiedział zawodowy zabójca – zripostował młody assaser. Jego interlokutora wyraźnie to dotknęło, lecz on, miast policzkować go słownie, przedłożył argumenty. – Człowiek ten przede wszystkim jest niewinny. Biedny, samotny i opuszczony młodzieniec, którego chcą zabić, żeby w jego ciele zamieszkać. Pytasz mnie o kolejne powody?
Pytam cię raczej o racjonalność tych, jakie pokazałeś. – Serafin usiłował zachowywać spokój, ale objawiał oznaki wściekłości z powodu niepodporządkowania się ucznia po raz kolejny. – Są one raczej emocjonalne. Hubbici żyją w swoim świecie i mają swoje prawo. Nie możemy ich moralizować. To nie jest nasza sprawa.
I czym chcesz to wytłumaczyć? – krzyczał już Sergiusz. Powstał i spoglądał teraz z góry. – Przetrwaniem gatunku? Chęcią jego przedłużenia? Nie bronię ci tego! Ale dlaczego kosztem cudzego życia? Nie truj mi tu teorią ewolucji i innymi prawami dżungli, bo one się odnoszą do zwierząt. Nie do rozumnych ras.
Cóż więc sugerujesz? – ironicznie zreplikował mistrz, nie zmieniając swego miejsca bytowania. – Mamy się włamać do celi, uwolnić zbiega i uciec, tym samym skazując się na nieprzyjaźń ze strony hubbitów? Jak potem chcesz niby zrealizować zadanie?
Panowie... – uspokajająco podniósł ręce Flesz.
Nie wtrącaj się! Ciebie obchodzi tylko aparat i sława. Ja chcę go ocalić. Czy naprawdę nie okazujecie ludzkich uczuć?
Obawiam się, że ludzkie uczucia nic nie pomogą przeciw nieludziom. – Serafin wstał i się otrzepał.
Czyżby? – zrobił krok w stronę swego mistrza – Jakoś Jaq naprawdę żałował Reto!
Podczas gdy wszyscy inni mieli to gdzieś.
Och, nie obchodzą mnie wszyscy inni!
A powinni. To oni postanowili nam zaufać i darować życie.
Jacy łaskawi...!
Daruj sobie sarkazm. Nie wiem jak ty, lecz ja zawsze wywiązuję się ze złożonych zobowiązań.
Nie miałeś przypadkiem komuś zapłacić, skoro powinnościami się zakrywasz?
Owszem, miałem. Ale nie jesteśmy w stanie tego zrobić.
Prawda, forsy mu nie damy. Pomyśl jednak tylko – czyż on teraz o kasie myśli? Uwolnijmy go! W przeciwnym razie...
W przeciwnym razie co?
Sergiusz głęboko oddychał, usiłując odpowiedzieć. Stracił jednak rezon.
Sergiuszu! – zwrócił się doń Serafin. – Jestem twoim przełożonym i domagam się posłuszeństwa. Masz zakończyć tę bezcelową kłótnię i z godnością przyjąć kopniak jaki w ciebie wymierzyło życie.
Młody assaser mierzył się chwilę wzrokiem z mistrzem.
Szkoda tylko – rzucił, poddając się – że życie posłużyło się kimś, komu ufałem.
Poszedł do ciemnego końca jaskini i do rana nie odezwał się ani słowem. Serafin również nie użył strun głosowych.

***

Było zimno. Nawet jak na zwyczajne standardy. A co dopiero miał powiedzieć człowiek jak Sergiusz żyjący całe życie w klimacie gorącym?
Starał się jednak nie szczękać zębami. Po prostu mocniej się opatulił płaszczem. Później jednak zaczął tego żałować. Po dwóch godzinach był cały spocony i zgrzany. Nie rozdziewał się jednak z obawy przed zaziębieniem. Musiał więc znosić mordercze niemal w tych warunkach tempo. Szczęśliwie, kiedy Krystian prawie zabił się na śliskim korzeniu, którego grubość znacznie przekraczała grubość większej części eutropejskich drzew, Jaq zgodził się nieco zwolnić. I potem jeszcze nieco. Bo trzy godziny od wyruszenia zaczęło lać. A lało jak z cebra. Pomimo płaszczów (przynajmniej assaserskich; Jaq nie akceptował takich rzeczy i chodził bez żadnej koszuli) przemokli do suchej nitki. Droga bynajmniej nie stała się łatwiejszą do pokonania, raczej odwrotnie, co zresztą nietrudno wywnioskować. Oznaczało to oczywiście kolejność zwolnienia. Droga była również uciążliwa z innego, dosyć istotnego powodu. Nikt się nie odzywał, panowała napięta atmosfera. Przynajmniej tak to odczuwał Sergiusz. Jaq i Krystian usiłowali kilka razy rozpocząć jakąś luźną pogawędkę, ale najpierw przeszkadzał im pośpiech, potem deszcz, a w tej małej przerwie, kiedy to istniała szansa na takową, próby spełzły na niczym – ponury nastrój obu assaserów skutecznie uniemożliwiał konwersację.
Sergiusz czuł się źle z powodu wczorajszej kłótni z Serafinem. Gdy w nocy usiłował zasnąć, przemyślał raz jeszcze to wszystko, zrozumiał, że niepotrzebnie rozpoczął tę szopkę. Owszem, Reto należało ratować. Ale nie za wszelką cenę. Serce mu się krajało, kiedy w myślach musiał przyznać rację mistrzowi, lecz takie były obiektywne fakty – uratowanie dzikusa było trudne, ryzykowne i miało małe szanse na powodzenie w zupełnie obcym środowisku i terenie, oraz mogło przekreślić całkowicie możliwość realizacji ich misji która – jak się wydawało – mogła powstrzymać Cudora Spawharda od stworzenia broni do kontroli umysłów, czyli czegoś, czego nawet magowie nie potrafili. Coś takiego mogłoby mieć niewyobrażalnie przerażające skutki. „Reto” – mówił do się w myślach Sergiusz – „twoje poświęcenie nie pójdzie na marne”.
Trudno było oszacować godzinę, kiedy Jaq pozostawił ich samych sobie, lecz prawdopodobnie dobiegała już piąta. Deszcz nieco zelżał, a więc ich tempo wzrosło. Czerwonoskóry wskazał im kierunek i udzielił wskazówek, jak dotrzeć do obozu i gdzie się spodziewać straży, więc ruszyli, by przed zapadnięciem zmroku znaleźć dobrą kryjówkę, aby potem móc się rozejrzeć, zrobić rekonesans i porwać Spawharda. Szczęśliwie, ten fragment trasy okazał się być łatwiejszy do pokonania i przed zmierzchem ulokowali się w na bardzo wygodnej półce skalnej, osłoniętej przez gęste zarośla i drzewa, spomiędzy których dało się dojrzeć, nawet pomimo opadów (znów mniejszych niż wcześniej), dym unoszący się znad ogniska. Nietrudno było zgadnąć, kto je rozpala.
Serafin pozostawił towarzyszy spokojnie ulokowanych, sam natomiast rozejrzał się i – jak zameldował, wróciwszy po chwili – obóz pilnowany był dookoła przez kilka patroli i posterunków rozmieszczonych wokół malej polanki. Oznajmił, że do akcji przystąpią w nocy, w okolicy zmiany wart, kiedy czujność będzie najmniejsza, a zamieszanie największe.
Krystian zostaje – rzekł stanowczo.
Jak to? Jak niby mam zrobić reportaż?
Wybacz, lecz twój reportaż nie jest celem pierwszorzędnym. Będziesz nam zawadzał, plątał się pod nogami i psuł szyki.
Dzięki za szczerość – prychnął dziennikarz, ale zaakceptował argumenty.
Zjedli coś z pozostałego im jeszcze prowiantu, a potem nie pozostało im nic innego, jak czekać. Krystian położył się w głębi schronienia, we wgłębieniu w skale, aby się wyspać, jako że kiedy assaserzy wyjdą, będzie musiał czuwać. Sergiusz siadł bez słowa na konarze drzewa, patrząc w kierunku ich celu i rozmyślając. Myślał o wszystkim, co może ich spotkać w nocy. W pewnym momencie naszła go również świadomość, że nie wszystko musi pójść gładko i jest zawsze pewne ryzyko, iż nie wróci z misji. Przeszły go ciarki. Zastanawiał się, czy to od zimna, czy od niepokojących myśli.
Kiedy już było ciemno, na konar wszedł Sergiusz i usiadł obok niego.
Sergiuszu... wiesz... – Serafin wydawał się bardzo zmieszany. I jakiś taki opuszczony. – Ja... chciałem cię przeprosić.
Sergiuszowi, choć wstyd było przyznać się przed samym sobą, ulżyło. Zwykle wydawało mu się (i reguły tej dotąd się trzymał), że po kłótni nie powinno się czekać na gest ze strony drugiej osoby. Samemu należy wyciągnąć rękę. Tym razem jednak... jakoś nie zdążył.
– Wydaje mi się, mistrzu, że to raczej w mej gestii to leżało. Zachowałem się niewłaściwie, nie powinienem się sprzeczać i tak ostro reagować na jasną argumentację... Miałeś rację, mistrzu, choć wciąż bardzo bym chciał go uratować, to nie jest realne...
Serafin uniósł rękę.
– Dosyć samokrytyki. Ja wcale również się nie popisałem. Wybuchłem, choć nie powinienem, przykład przecież idzie z góry. Poza tym twoje oburzenie było uzasadnione. Uwierz mi, wcale nie jestem bezdusznym człowiekiem. Ja również pragnąłbym oswobodzić Reto z brzemienia na jakie skazał go los i współplemieńcy...
– Tak. Ale to jest już epizod, który pozostał w przeszłości. Teraz musimy zadbać o wykonanie naszej misji – skonkludował Sergiusz.
Serafin milczał. Lecz nie było to milczenie przytakujące. Raczej milczenie takie, jak przed trudną rozmową. Sergiusz już się zastanawiał, czy nie pomóc mistrzowi wypowiedzieć ciążące mu słowa, kiedy ten wreszcie się zdecydował.
– Sergiuszu... to jeszcze nie koniec moich przeprosin.
Przepraszany nie miał pojęcia o co może chodzić, ale postanowił się póki co nie odzywać i poczekać na słowa assasera. Nie był to obiektywie nazbyt długi okres czasu, jednak subiektywnie – ciągnął się  w nieskończoność. Wydawało się Sergiuszowi, że w tym czasie deszcz całkowicie zalał całe Pawlilandy.
– Nie powinno cię tu w ogóle być. Nie powinieneś być assaserem...
– Dlaczego tak mówisz, mistrzu?
– Nie powinieneś mnie nawet nazywać mistrzem... Jest mi przykro, że wplątałem cię w moje sprawy.
Znowuż pełna napięcia i hektolitrów wody cisza.
– Zakon assaserów wcale nie jest taki potężny jak niegdyś...
Sergiusz nie odezwał się. Czuł, że przyznając się do takowych podejrzeń dobiłby całkowicie dostatecznie już, zdawać by się mogło, Serafina.
– W zasadzie to poznałeś wszystkich.
Tym razem Sergiusz nie mógł powstrzymać reakcji i otwarł ze zdumienia usta.
– Jest nas tylko... trzech?
Mistrz potaknął.
– Ale... jak to? Przecież...?
Serafinowi zdecydowanie nie było łatwo, a Sergiusz wcale nie ułatwiał. Gdy się zorientował, przestał zadawać pytania i umilkł, niepewny co zaraz usłyszy.
– Prawie dziesięć lat temu – podjął opowieść Ser – w bardzo dziwnym momencie swojego życia, natrafiłem, nieco przypadkiem, a tylko częściowo zamierzenie na ślad starożytnych assaserów. Przez rok poszukiwałem wskazówek, które wreszcie doprowadziły mnie do opuszczonej kryjówki na północy półwyspu Indiana. Dotarłem tam w samą porę. W ponurej, zdezelowanej chatynce w górskim lesie mieszkał starzec. Ostatni assaser. Przez pięć dni przebywałem tam, słuchając pilnie jego nauk i obiecując, że wskrzeszę potęgę zakonu. On jednak zmarł, nie dopowiedziawszy mi wszystkich tajemnic i sekretów.
– Niełatwo – kontynuował Serafin po kolejnej pauzie – było zacząć. Zresztą... wciąż nie jest łatwo. Największym problemem jak zwykle okazały się pieniądze. Udało mi się znaleźć... fundatora. Nieskorego zupełnie do współpracy, ale... – tu westchnął. – To mój ojciec przekazał mi pewną część majątku. Jest on cholernym skąpcem i nawet gdyby suma dana mi przez niego była tysiąckroć większa, nie odczułby tego ani trochę. Lecz on mnie nienawidzi... nie mam pojęcia czemu. Tak bardzo gardzi mną, iż nawet nigdy nie rzekł, kto jest moją matką! Ech... ale to nie o moim życiu prywatnym.
To wręcz cud. Wysępione pieniądze starczyły na zakupienie odpowiedniego sprzętu dla mnie i Serakla, którego poznałem po drodze, a który również jest oddany sprawie. Próbowaliśmy odnaleźć jakieś pozostałości, kontakty, kryjówki... wreszcie po dwóch latach natrafiliśmy na tę w Malzaharbadzie. Była opuszczona od bardzo, bardzo dawna, lecz remont nie był taki trudny.
"I nie taki gruntowny" – dodał w duchu Sergiusz.
– Pieniądze szybko zniknęły, choć wciąż były potrzebne, a ciemności kryjące tajemnice zakonu, mogące pozwolić nam go rozbudować, wciąż nieprzeniknione. Potrzebowaliśmy zleceń. A któż miałby nam je dać? Wszyscy dawni przyjaciele zakonu zapomnieli o jego istnieniu. Rozesłałem oficjalną informację do kilku instytucji – także do Lorda Domesforda – mającą powiadomić ich o naszym odrodzeniu...
– Lecz wszyscy ją zignorowali – dopowiedział Sergiusz, zgadując.
Serafin potaknął, spuszczając głowę.
– Przez kilka lat pracowałem dla własnego ojca. Jeśli nie uznałem misji za hańbiącej imię zakonu. Lub moje własne. Po tym, jak niemal rok temu całkowicie mnie ośmieszył, postanowiłem zerwać zeń kontakt. Nie było łatwo uciułać na niezbędne wydatki, a mimo to jakoś dotrwaliśmy. Odezwał się Lord Domesford.
– Nie wydaje ci się to podejrzane?
– Wiesz... Domesforda znam od młodości. Razem uczyliśmy się w Szkole Morskiej Admirał Szymańskiej. On nie jest zdolny oszukać nikogo. Nie – uniósł wreszcie głowę i spojrzał Sergiuszowi w twarz. – Wierzę, że to początek. Początek odrodzenia zakonu. Teraz wszystko pójdzie lepiej. Domesford pomoże nam się podnieść, ten Krystian również. Jego artykuł może być pomocny. Ale... przepraszam cię jeszcze raz. Nie powinienem przyjmować cię do zakonu, kiedy wciąż jest zrujnowany. Oszukałem cię niejako. Łudziłem, odprawiałem ceremoniały, traktowałem jak powiernika wielkiej tajemnicy, choć ona nie istnieje... Jeśli chcesz, możesz odejść, gdy to wszystko się skończy...
Młody assaser uniósł rękę.
– Nie ma tu o czym mówić. Złożyłem przysięgę? Złożyłem. Upadły zakon łatwiej dźwigać w grupie, nieprawdaż?
Serafin się uśmiechnął.
– Nawet nie wiesz, jak cieszę się, słysząc to.
I rzeczywiście, cieszył się. To było widać. Wcale nie przeszkadzał mu mrok, jaki zapadał wokół, lejący się z nieba deszcz i ziąb. Sergiusz też się cieszył, że wyjaśnił sobie kilka spraw z mistrzem. I choć również radował się, to coś, czego nie mógł skonkretyzować, rzucało na tę radość mały cień. Podobne zresztą wrażenie odczuwał Krystian Flesz. Leżał, jak poprzednio w rogu, ale wcale nie spał. Słuchał rozmowy, wcale zresztą głośnej. I w miarę odsłuchiwania zwierzeń Serafina, czuł się bardziej zaniepokojony. Miał nadzieję, że uda się przejść przez całą tę przygodę bez uświadamiania go, w czym uczestniczy.

<< Część IV Część VI >>